Już za kilka dni 1 stycznia. Wiadomo, Nowy Rok, jak zwykle nadzieja, że będzie lepszy niż ten który minął. Mało kto jednak wie, że akurat w ten dzień od jakiegoś czasu obchodzi się pewne osobliwe święto – Dzień Domeny Publicznej. Cóż to jest ta domena publiczna? W ogólnym ujęciu chodzi o całość jakiejkolwiek twórczości, do której prawa autorskie majątkowe nie obowiązują. Obok tej, której prawa się nie należą (bo np. nie spełnia ustawowych kryteriów utworu) albo tej, której twórcy praw tych się zrzekli, jest również twórczość, do której prawa zwyczajnie minęły.
Prawa autorskie nie są bowiem wieczne (chyba, że te osobiste tj. autorstwo czy podpis autora pod dziełem) – okres ich obowiązywania jest ograniczony. Art. 36 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 r. stanowi, iż okres ten generalnie wynosi lat 70 od śmierci twórcy, z tym, że liczy się go od roku następującego po tym, w którym ów twórca odszedł. Czyli jeżeli zdarzyło się to w sierpniu, to odliczanie rozpoczyna się od 1 stycznia roku następnego. Ten tytułowy „Dzień” jest więc świętem przejścia twórczości autorów zmarłych przed siedemdziesięciu laty do domeny publicznej, czyli innymi słowy cieszymy się tym, że autor umarł 70 lat temu i odtąd możemy korzystać z jego dzieł bez żadnych ograniczeń, bezpłatnie i bez pytania kogokolwiek o zgodę. Domena publiczna to własność należąca do wszystkich, cały dorobek kulturowy ludzkości, do którego nieskrępowany dostęp ma mieć każdy, w tym również z możliwością jego rozpowszechniania.
Można by na marginesie zapytać: a do czego zmarłemu twórcy przez te 70 lat po jego śmierci potrzebne te prawa autorskie? Jego to już przecież nie interesuje. Owszem, ale z pewnością interesować może jego spadkobierców. Prawa autorskie mogą bowiem przynosić im korzyści nie mniejsze, niż pozostawione przez zmarłego przedmioty czy nieruchomości. Dlaczego więc ustalono, że akurat będzie to okres 70-letni? Bo tak. Wcześniej było lat 50, niekiedy słychać, że dobrze by było wydłużyć go do lat 90-ciu. Jakaś granica jednak musi być, bo przecież przedmioty uzyskane w wyniku spadku też w końcu starzeją się, niszczą, tracą na wartości, w końcu znikają. Prawa autorskie mogłyby trwać tak długo, jak w pamięci ludzkiej pozostawałby dany utwór. Jakież potężne majątki mogliby posiadać potomkowie Szekspira czy Beethovena. Albo twórcy koła, gdyby tysiące lat temu istniały patenty, chronionie prawem i niewygasalne. Drugi argument za wygaśnięciem praw autorskich jest taki, że ogólnie pojęta kultura, sztuka, nauka z natury rzeczy po prostu musi być wolna, aby kolejne pokolenia mogły się uczyć, rozwijać, kształtować, inspirować, a wreszcie tworzyć. Dajemy zatem twórcy i jego spadkobiercom przez jakiś czas zarabiać na jego dziełach - to im się należy. Ostatecznie jednak będzie to nasza wspólna własność.
1 stycznia 2012 roku do domeny publicznej przejdą zatem dzieła tych, którzy odeszli w roku 1941. Nie było to pewnie zbyt trudne, bo to przecież najgorsze momenty II wojny światowej. Trzeba zatem odnotować, że gdy w najbliższą niedzielę obudzimy się około południa, to twórczość Jamesa Joyca, Virginii Woolf, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Emila Zagadłowicza, Ignacego Jana Paderewskiego i wielu innych będzie już wolna.
Trzeba jednak pamiętać, że w domenie publicznej znajdą się dzieła tych twórców w postaci takiej, w jakiej je stworzyli. Prawa autorskie do opracowań (np. tłumaczeń literatury Joyca na język polski, vide art. 2 ustawy o p.a.) bądź prawa pokrewne do artystycznych wykonań (np. kompozycji Paderewskiego) będą wciąż aktualne. Dopóki nie odejdą ich autorzy i nie minie odpowiedni okres. Można zatem korzystać z tych dzieł, ale trzeba samemu sporządzić tłumaczenie lub zagrać utwór, ewentualnie je zlecić.
Pewnym pesymizmem napawać może jednak fakt, że tylko niektóre z obecnie żyjących małych dzieci, niemowląt wręcz, dożyją czasu, gdy w domenie publicznej znajdą się, już dziś uważane za stare, utwory zespołu The Beatles, który nie istnieje od 1970 roku! Wciąż bowiem żyją i mają się nieźle dwaj członkowie grupy – Paul McCartney i Ringo Starr. To ważne, bo w przypadku utworów zbiorowych okres 70-letni liczy się od czasu gdy odejdzie ostatni ze współtwórców. Mimo to, niech im się żyje długo i szczęśliwie









Wyszukiwarka


