26 stycznia 2012 ambasador RP w Japonii z upoważnienia Prezesa Rady Ministrów podpisała w tej samej Japonii umowę międzynarodową o nazwie Anti-counterfeiting Trade Agreement (w skrócie ACTA). Sporo się na ten temat mówi w ostatnim tygodniu, wszyscy jakby są jacyś osłupiali: Internauci bo nic nie wiedzieli, władze bo ktoś nagle zainteresował się jakąś umową międzynarodową i procesem jej negocjacji. O umowie ACTA mówi się i pisze już od dawna (np. prawo.vagla.pl), wątpliwości i kotrowersje były sygnalizowane przez ekspertów już przed wieloma miesiącami. Ale media nie interesują się „pierdołami”, dopiero jak można z tego zrobić njusa, a wokół robi się afera to temat zostaje nagłaśniany.
Tak jest ze wszystkim. Z kolei Rząd myślał chyba, że przemyci cichcem garść przepisów, które mogą być wykorzystane w dziki wręcz sposób. Podstawowy zarzut pod adresem władzy nie liczącej się w ogóle, jak widać, z opinią publiczną, to brak konsultacji społecznej. Nie można mówić o konsultacjach, gdy doszło jedynie do kilku spotkań z tzw. branżą: przedstawicielami wydawców, producentów, twórców. Tak jakby druga strona w ogóle nie istniała, a prawo autorskie przecież, wbrew swojej nazwie, nie jest adresowane wyłącznie do autorów. Są też pewne uprawnienia na rzecz odbiorców dzieł - konsumentów. Całości sytuacji i intencji Rządu dopełniają takie zdarzenia jak brak wiedzy posłów i ministrów na temat przepisów ACTA; różne stanowiska poszczególnych ministrów (gospodarki, sprawiedliwości, administracji i cyfryzacji) na temat przyjęcia ACTA szybko naprostowane przez premiera; usuwanie komentarzy na FB, które nie były obraźliwe, a jedynie krytyczne wobec ACTA; no i wreszcie przyznanie gdzieś mimochodem, że ta gorliwość by koniecznie przystąpić do nowego porozumienia międzynarodowego to przede wszystkim chęć przypodobania się państwu inicjującemu cały proces – Stanom Zjednoczonym. Wiadomo, że stamtąd pochodzi najwięcej właśności intelektualnej, również tej badziewnej, za którą amerykańscy Twórcy (przez duże „TFU”) każą sobie słono zapłacić.
Żeby mówić cokolwiek na temat ACTA, trzeba zapoznać się z treścią umowy, jak również z informacjami czym to jest. 26 stycznia nic nie zmieniło się w polskim systemie prawnym. ACTA nie obowiązuje jeszcze, dlatego, że konieczne jest przeprowadzenie pełnego procesu ratyfikacyjnego. Zostaje więc jeszcze ustawowe upoważnienie prezydenta do ratyfikacji (może jakaś debatka w Sejmie?), podpis prezydenta, który jak się okazało przy okazji Traktatu Lizbońskiego może zwlekać ile mu się podoba i w końcu potwierdzenie u depozytariusza umowy, że została ratyfikowana. Wtedy dopiero zacznie w Polsce obowiązywać. Czy oznacza to jakiekolwiek zmiany w polskim prawie? Może, ale niekoniecznie rewolucyjne. Bardzo wiele podobnych regulacji w Polsce już funkcjonuje, może należałoby tylko skuteczniej je egzekwować. Problem pozostaje inny. Umowa międzynarodowa ma pierwszeństwo stosowania w razie kolizji z normami polskimi. Zdarzać się będą „uprawnieni”, którzy będą doprowadzać do zamykania dużych i mniejszych serwisów internetowych, które wykorzystywane są do naruszania praw autorskich. Dni Chomika, Rapidshare i tym podobnych są raczej policzone. Ostatnio zamknięto serwis Megaupload, choć nie na podstawie ACTA, lecz obowiązującej w USA ustawie DMCA.
Na pewno natomiast nie zostaną zamknięte YouTube (własność Google), Facebook czy Wikipedia. Szczególnie dwa pierwsze są zbyt wiekimi graczami by tak po prostu je zamykać.









Wyszukiwarka


